Jego wypowiedź ma jednak charakter bardziej uniwersalny, ponieważ porusza on problem częstych ostatnimi czasy opinii, że masowa mobilizacja sił przeciw przemocy w Tybecie to jedynie ‘trend’, ‘lans’ i ‘hipokryzja’. Autorzy takich opinii stwierdzają często, że do protestów się nie przyłączają, bo nie chcą ulegać “owczemu pędowi”.
Ze swojej strony mogę powiedzieć jedynie tyle, że wolę być posądzona o hipokryzję i podatność na uleganie wpływom, niż postępować wbrew własnemu sumieniu. Zachęcam do zapoznania się z opinią Maciorowskiego który, moim zdaniem, trafnie odniósł się do podobnych opinii. Poniżej przytaczam fragmenty - całość publikacji znajduje się tutaj.
Pomysł, by nadać duchowemu przywódcy Tybetańczyków honorowe obywatelstwo Wrocławia, wzbudził kontrowersje. Każdy ma prawo do swojej opinii, na przykład, że to niepotrzebne, ważne jednak, jak ją uzasadnia. Dwie tezy postawione w komentarzach na ten temat mocno mnie zdziwiły i każą zaprotestować
Naczelny “Polski Gazety Wrocławskiej” Marek Twaróg w sobotę napisał: “W głębi duszy nie zajmuje nas Tybet, tak jak - nie przymierzając - kiedyś nie obchodziły nas żuczki w Dolinie Rospudy. Ale skoro wszyscy protestują, to wypada też wyrazić swój sprzeciw”. W domyśle: Nie protestujmy koniunkturalnie, wtedy gdy wszyscy protestują w tej samej sprawie. Bo to fałszywe.
By nie być więc posądzonym o fałsz, powinniśmy wypiąć się więc na żuczki i tybetańskich mnichów i pójść pod prąd ogólnej tendencji bez zastanawiania się nad sensem tego, co się w Tybecie czy w Dolinie Rospudy dzieje. Przyznam, że ja wolę być wyzywany od koniunkturalistów i reagować zgodnie z modą. Zupełnie inaczej też patrzę na samą istotę protestowania. Najpierw diagnozuję, co się dzieje, a potem podejmuję decyzję. I jak trzeba, protestuję, choć wiem, że nikt w świecie tego protestu nie usłyszy. Bo nie zgadzam się, że protest nieusłyszany nie ma sensu. Ma, i to wielki.
W grudniu 1981 roku, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, w Stanach Zjednoczonych zorganizowano solidarnościową imprezę muzyczną, podczas której zaśpiewali (jeśli mnie pamięć nie myli) m.in. Joan Baez i Frank Sinatra. I choć koncert nie przyniósł spektakularnego efektu - nic się po nim w Polsce na lepsze nie zmieniło - to miał wielkie znaczenie. I nie chodzi mi tu o jakieś tanie wzruszenia. Tak tłumaczył sens tej imprezy felietonista “Wolnej Europy”: “Polsce pomaga dziś każda manifestacja piętnująca władze komunistyczne i stan wojenny. Bo po prostu buduje jednoznaczną opinię o tych wydarzeniach w rejonach świata, gdzie mieszkają ludzie, którym los Polaków na pozór jest obojętny”.
To wciąż aktualne i podpisuję się pod tym obiema rękami. Właśnie po to wykonujemy takie “puste” i nikomu niepotrzebne gesty, by jednoznaczna opinia o negatywnym wydarzeniu upowszechniała się. To gest potrzebny bardziej nam tutaj, niż Tybetańczykom w Tybecie. Właśnie przede wszystkim dlatego powinniśmy go wykonywać. Mam też pewność, że wcale nie chodzi w tym wypadku jedynie o nasze dobre samopoczucie, a jeśli komuś o nie chodzi, to ma duży problem.
(…)
Propozycja uhonorowania Dalajlamy, która w istocie jest propozycją protestu wobec przemocy dziejącej się w Tybecie, wywołała więc we Wrocławiu różne poglądy i różne ich umotywowanie:
1. Cyniczny: Nie protestować, bo nie można tego robić tylko dlatego, że tak wypada. To pusty gest, dający tyle co nic.
2. Pragmatyczny: Nie protestować w sytuacjach, gdy oprotestowany może nam zaszkodzić. Więcej na tym stracimy, niż zyskamy.
3. Heroiczny: Protestować, zawsze, gdy dzieje się zło, bez względu na to, czy głos usłyszą ci, którzy zło czynią.